Wokół rysunkowych postaci Bolka i Lolka Blog Marzeny Nehrebeckiej Sąd Okręgowy w Bielsku Białej wyrokiem z dnia 18.05.2005 sgn. akt C 78 86 k:80 orzekł iż współautorami postaci Bolka i Lolka w ujęciu plastycznym są Alfred Ledwig, Leszek Leon Lorek oraz Władysław Nehrebecki i każdej z tych osob przysługują takie same udziały w majątkowych prawach autorskich czyli każdemu po 33.33 . Wszyscy twórcy już nie żyją pozostawili jednak spadkobierców. Alfred Ledwig dwie córki - Yvonne i Barbarę, dziedziczące ustawowo po 50 . Przekłada się to po 16 udzilałów w prawach do postaci dla każdej z nich. Leszek Leon Lorek miał jednego syna Andrzeja i to on odziedziczył calosc udzialow ojca czyli 33 całości praw do wizerunku Bolka i Lolka. Władysław Nehrebecki miał troje dzieci- synów Jana i Romana dziedziczących po 1 4 każdy oraz córkę Marzenę , która odziedziczyła połowę przysługujących ojcu udziałów. Tak wiec Marzena Posiada 16 praw do postaci Bolka i Lolka, braciom przypadło po 8
Blog > Komentarze do wpisu

Kraków

Kocham to miasto. Spędziłam tam zaledwie kilka chwil życia, ale kocham je tak jakby zawarło się tam całe. Może tę miłość zaszczepiła mi mama, a może po prostu jest w nim coś za czym się tęskni i czego nie można przenieść ani do Warszawy, ani do Bielska ani w żadne inne miejsce na ziemi? I nie chodzi tu tylko o czerwień pelargonii wylewających się z okien na ulicy Chopina, ani o kasztany zbierane na plantach, ani o historie, i tą przez duże “H” i małe. Historie, która się mija, depcze, szanuje i tworzy. Chodzi chyba o coś, czego nazwy jeszcze chyba nikt nie odgadł bo nie sposób jej opisać ani prawami fizyki ani teologii. To miasto kojarzy mi się z nie tylko wizytami na zamku, przestrzenią błoni, parku Jordana, śniegiem przecinającym strumienie, światła lamp ustawionych przy tramwajowych przystankach, czy falami słońca wypełniającymi Park Krakowski. Kojarzy mi się z tęsknotą.



   Kiedy mieszkałam w Krakowie na przeciwko parku Krakowskiego było jeszcze kino o ironicznej chyba jak na tamte czasy nazwie “Wolność” prężące się w jednym szeregu z wojskowym kasynem i naszą kamienicą opatrzoną niczym odznaką tabliczka z napisem ZBoWiD. Na przeciwko niczym wydający komendy generał mieścił się budynek Służby Bezpieczeństwa.
   Ani kina, ani kasyna już nie ma. Z rodzinnego domu mamy pozostały tylko mury bo wnętrza wypełnili już zupełnie inni ludzie i przedmioty, a gdy ostatnim razem byłam  w Krakowie ponury gmach SB choć nadal straszył ciemnością, tym razem jednak pustych, powybijanych szyb.
   Mieszkanie w którym wychowała się mama było niewielkie. Ot, długi ciemny przedpokój, ustawione w amfiladzie dwa pokoje z oknami w które zaglądała bezpieka, łazienka z wybetonowana podłogą i wanna, która resztkami lakieru darła dziecięce kolana do krwi. Jedyną, ale naprawdę piękna ozdobą kuchni i całego mieszkania była stara szafa gdańska z lustrem, sprowadzona przez babcie z rodzimego Grodna. Przypominała jej dzieciństwo, tatę lekarza, koszyk pełen zakupionych na targu smakołyków, grającą na pianinie matkę i piękną siostrę Helenę. Z całej tej rodziny przeżyła tylko babcia, zostały jej wspomnienia, szafa i jakiś ogromny majątek w Grodnie, który sprzedała za bezcen. Kuchnia była sercem domu, miejscem plotek, spotkań i wspólnych kolacji.
   Babcia, dla swych nieludzkich kształtów zwana była Babką. Dla przeciętnego obywatela  był to zniekształcony chorobą potwór o gigantycznych dłoniach, wielkim nosie, wyłupiastych niczym jaszczur oczach i ustach wyglądających jakby plastyczny chirurg przez złośliwość wlał w nie cale zapasy silikonu. Mama twierdziła, że choroba była wynikiem nacisku guza na mózg, a guz zrodził się z razów jakie wymierzał jej dziadek waląc na oślep to w twarz to w głowę to w plecy. Bił ja w dzień i bil ją w nocy, przy dzieciach i kiedy była sama - za uśmiech, za jego brak, za zupę i niedosmażony kotlet. Bił ją do nieprzytomności. Nie wyglądał na drania.

   W mieszkaniu Babka posuwistym krokiem człapała po mieszkaniu wodząc sobie podobnego potworka o wdzięcznym imieniu Mikusia. Mikusia, najlepsza powierniczka babci była małym koszmarkiem o wyłupiastych oczkach i zaczepionych na gołej skórze wyleniałych resztkach sierści przypominających czasy dawnej, psiej świetności. Kundelek systematycznie zanieczyszczał powietrze zapachem nie do końca strawionych kości a babcia bezgranicznie kochała i ten zapach i te niedokończone kępki włosów i wyłupiaste żabie spojrzenie. Były do siebie podobne - dwie komiczne postaci skupiające na sobie wzrok przechodniów - wynaturzony starością pies i zniekształcona akromegalią Babka.
Mikusia poczłapała z czasem do lepszego świata, babcia dopiero kilka lat później udała się na spoczynek na Rakowicki cmentarz.
   W mieszkaniu do czasu swego kolejnego ślubu zamieszkiwał brat mamy, wujek Andrzej, potem kiedy wreszcie ożenił się i przeniósł się na swoje, organizował wzorem dziadka nocne kontrole, wpadał też od czasu do czasu i sam dziadek a czerwone ślady na ciele mamy dawały świadectwo że wciąż czuł się panem tego opuszczonego przez siebie domu.
   Może wydawać się to dziwne, ale mama śmiała się kiedy dziadek ją bił. Im bardziej się śmiała tym silniejsze spadały na nią razy. Tłumaczyła potem że po to, by mnie uchronić, żebym nie miała świadomości co się naprawdę działo, ale myślę, że była to tez jakaś forma obrony, jedyna na jaką wystarczało sił i jedyna jaka pozwalała jej zachować resztki godności. A ja? Ja faktycznie traktowałam to jako dobrą zabawę.

   Do tego domu wróciła po śmierci taty mama. Nie od razu. Długo zwlekała z decyzją, to przemieszkując chwilę w Bielsku to w Krakowie, jakby nie mogła się  zdecydować. Czekała na zamkniecie sprawy spadkowej, wydanie mieszkania i finał wielu innych spraw, do których opisu niebawem wrócę.
Decyzję przeprowadzki do do Krakowa podjęła z dnia na dzień. W jednej chwili do żółtego malucha, który podarował jej tata, spakowała niezbędne dokumenty, ubrania, mnie i pojechała. Po wieczorze 26 listopada 1981 roku w Bielsku  poczuła się mniej bezpiecznie niż w tym opalanym węglem mieszkaniu na przeciwko siedziby SB. Tam przynajmniej wiedziała czego się można spodziewać i tam też mieszkali jej przyjaciele, ze szkolnej ławki , ze studiów, z podwórka. A poza tym miała dwadzieścia osiem lat i wiarę w to że jej życie dopiero się zaczyna i będzie miała ten swój mały kąt w Krakowie, skończone studia, pracę, własny dom i kilka chwil szczęścia.


czwartek, 21 lutego 2013, marzena_ne

Polecane wpisy

TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do wpisu: